Wakacje, nareszcie rozpoczęły się wakacje….

 

Powrót do całodziennej szkoły i obiady na stołówce, to jest jednak urlop dla rodziców. To urlop od krzyków i wrzasków, od kłótni i przepychania się z rodzeństwem, od ciągłego zajmowania się dzieciakami, gotowania kilku posiłków dziennie….

W tym roku, było nam wszystkim wyjątkowo trudno. Szkoły zostały zamknięte w połowie marca i od tego momentu, do wszystkich ciężarów codzienności, doszedł nam rodzicom nowy obowiązek nauczania domowego.

Musieliśmy stanąć na wysokości zadania, i stać się nauczycielami matematyki, francuskiego/polskiego, przyrody, historii a nawet plastyki. Tym z Was którzy dodatkowo ogarniali z potomstwem chemię i fizykę, głęboko współczuje i łączę się w bólu.

Niektórzy nauczyciele, wspaniale sprawdzili się w roli pedagogów korespondencyjnych, organizowali zajęcia i zadania dla dzieci tak, aby jak najwięcej mogły zrealizować same. Przygotowywali wszelkiego rodzaju fiszki, ćwiczenia, zadania czy filmiki do samodzielnej nauki. Organizowali internetowe spotkania dzieciaków, aby nie czuły się osamotnione, pozostając zamknięte w czterech ścianach i odcięte od rówieśników.

Inni, nie chcieli lub może nie potrafili dostosować się to tej nagłej zmiany, i prowadzili zajęcia w identyczny sposób jak robią to w szkole. Mieliśmy wspaniałe pomysły nauczycielki Ofelci, która w trzecim tygodniu kwarantanny, gdy strach było wyjść do supermarketu, gdyż Covid szalał w regionie paryskim i liczba przypadków śmiertelnych w kraju dochodziła dziennie do 1000, zaproponowała nam w ramach zajęć artystycznych wykonanie łapacza snów. Takie domowe DIY w czasie pandemii. Oczywiście zrobiliśmy nawet kilka, bo jak każda szanująca się matka, mam w domu zapas muliny, sznureczków, kolorowych koralików i piórek wszelkiego ptactwa.

Kolejnym wyzwaniem Pani nauczycielki było pieczenie ciasteczek aznac, tradycyjnych australijskich smakołyków, w których skład wchodzą płatki owsiane, migdały, wiórki kokosowe i dostępna na wagę złota mąka. Pani nauczycielka nie zastanowiła się, że zakup mąki (jak i również jajek czy papieru toaletowego, mydła i środków dezynfekujących) łączył się niemal z cudem i przypominał czasy komuny, gdzie ludzie przekazywali sobie co, gdzie rzucili na sklep. Ta drogocenna mąka, służyła mi raczej do pieczenia chleba i naleśników, a nie do zabawy w cukiernika.

W każdym bądź razie ten okres mamy już za sobą, przynajmniej my, rodzice mieszkający we Francji, bo opcja kolejnego zamknięcia szkół, spowoduje większe zamieszki niż żółte kamizelki i łobuzerka na przedmieściach stolicy razem wzięci. Nie ma chyba nic gorszego niż zdesperowani i wycieńczeni rodzice, a francuskie matki i ojcowie oraz francuskie wychowanie, to zupełnie inny świat, o którym możecie przeczytać tutaj i tutaj. I mimo, że kochają swoje dzieci, to jednak nie boją się powiedzieć, że mają dość. Przykładem tego może być jutrzejsza kolacja, na którą wychodzę z grupą szkolnych mamusiek, “oblać” nasz powrót do normalności i wolności.

Tak więc dziś rano o 8.30 ucałowaliśmy Liliankę, założyliśmy jej tornister na plecy, pomachaliśmy na pożegnanie i patrzyliśmy, jak wchodzi do szkoły, i rozpoczyna naukę w IV klasie. O 9.00 wyściskaliśmy Ofelcię, wzruszyliśmy się nawet przez chwilę, wręczyliśmy pierwszoklasistce plecak, który waży chyba tyle co ona sama, i ociągaliśmy się z wyjściem ze szkoły do momentu aż zniknęła w swojej Sali lekcyjnej.

Dziewczyny wróciły do szkoły z równie wielką radością, z jaką my je tam odstawiliśmy.
I nawet maski, do których już zdążyły się przyzwyczaić od kilku miesięcy, nie zmieniły ich nastroju.

A po czułych pożegnaniach przyszedł czas na rodziców, i ponieważ o 9 rano nie wypada pić alkoholu, nawet jeśli jest to szampan, to nasz pierwszy dzień wakacji uczciliśmy wspólną kawą.

 Jutro jest środa, a Ci którzy znają francuski system szkolny, wiedzą, że mali uczniowie przedszkoli i szkół podstawowych mają dzień wolny. Tak więc oby do czwartku…

 

A jak u Was odbyło się rozpoczęcie roku szkolnego po tak długiej przerwie? Obyło się bez płaczu, ale z pełną ekscytacją?